Dziennik Ubezpieczeniowy

 

Dziennik Ubezpieczeniowy >> Szukaj 

 Mapa strony

 

Archiwum :: O Dzienniku :: Prenumerata 

 Szukaj

Szukaj

 

Ostatnie Dzienniki

Ostatnie Dzienniki:

 

Wiadomości

 

Polska

Składka i okres
Przewidzieć katastrofę
Miliard dla rządu
Ubezpieczenie kredytu kupieckiego
Kilkadziesiąt IKZE w PZU Życie
Jeszcze o nowelizacji obowiązkowych
Ubezpieczenie na Euro 2012
OFE tracą, PTE zyskują
Talanx nie jest zainteresowany emeryturami
Kaganiec oświaty
Groupama będzie się starała zachować rating
Gras Savoye otwiera oddział na Ukrainie
Jan Bogutyn odchodzi na emeryturę
A nie wystarczyło po prostu zapytać...
Kiedy powstaje roszczenie w relacjach między przewoźnikami
RSSWięcej...

 

Świat

Zobacz..

 

Zamówienia publiczne

Zobacz..

 

Artykuł: <<< 2009-01-15 >>>

Felietonik - Świat pełen ryzyka

 

Nawigacja

2009-01-16  

|<<

   

 >>|

2009-01-15  

|<< 

<<<

>>>

 >>|

2009-01-14  

|<<

     

 

Data publikacji: 2009-01-15

Dz.U. nr: 2156

O prostoto!

(TP, ZUS)

Poniższy poemat dygresyjny sprowadza się do wezwania: uprośćmy prawo i umowy! - Marcin Masny

 

O, święta prostoto - miał zawołać Jan Hus, kiedy pobożna niewiasta podrzuciła chrustu na jego stos, który właśnie zaczął płonąć.

ZUS pełen tajemnic

Czy jest prostotą, kiedy kobieta (pobożna???) z ZUS-u dzwoni do mnie i prosi o przekazanie zainteresowanemu informacji, że tenże zainteresowany, jeden z najbogatszych niegdyś ludzi w Polsce nie oddał deklaracji od miesiąca... jakiegoś (co Was to obchodzi?). Tyle tych pomyłek odbieram na domowym telefonie, że muszę się chyba pożalić w TP SA. Sens mojej refleksji sprowadza się wszelako do tego, że - jeśli to nie była podpucha - urzędniczek ZUS-u tajemnica nie obowiązuje. Gadają wszystko, co wiedzą, a wiedzą dużo. Strach pomyśleć, co się dzieje z naszymi danymi o zarobkach. Notabene problem mają niektórzy byli agenci bardzo tajnych służb, od których ZUS domaga się niemalże numeru kołnierzyka... Ale dziś miało być o prostocie języka, a nie o ubezpieczeniach społecznych, których los wydaje się przypieczętowany. Oczywiście, kto z tego biznesu wyjdzie z gotówką, ten jest królem, lecz sam biznes odchodzi powolutku do historii.

Plaga złych sądów

Uchylmy niepotrzebne przepisy, które klientowi prawa nic nie dają.

Tydzień temu pisałem o woluntaryzmie sędziów zdolnych puścić z torbami zakłady ubezpieczeń (zobacz: Miliard z zadośćuczynień, czyli pora na poważną rozmowę). I to zostało zauważone przez komentatora, bodajże w piątek (zobacz: Komentarz Świętosława Fortuny). Nie zostało chyba zauważone coś ważniejszego. Mój pomysł bowiem polega na tym, żeby przemodelować ustrój, a nie na tym, żeby ponarzekać na sędziów. To jest generalnie mój problem. Ja mówię: "Generalnie trzeba coś tam zmienić". A moi przyjaciele na to dziwują się: "Nie ma żadnego generalnie. Lepszy wróbel w garści, a nawet zrezygnujmy z wróbla dla świętego spokoju". Mnie się wydaje, że nie chodzi o święty spokój, tylko o to, żeby nie myśleć. Niemyślenie jest przywilejem tych, którzy nie chcą kształtować historii. David Rockefeller z Paulem Volckerem, swoim niezawodnym intelektualistą od mokrej roboty, myśli od dziesięcioleci na okrągło. No i mają efekty. Rzecz jasna są to efekty podbudowane gotóweczką. Ale efekty mają także ci, którzy myślą bez gotóweczki. Myślą i już. Kto ma ochotę pomyśleć ze mną?

No i wreszcie do rzeczy

Do rzeczy! Najświeższe przeróbki w kodeksie cywilnym, w naszych ulubionych paragrafach ubezpieczeniowych, doprowadziły mnie do lekkiego szału. Oczywiście ja rozumiem, że każdy ma prawo lobbować na rzecz przepisów, które mu odpowiadają. Czy mamy demokrację, czy jakiś lepszy ustrój, zainteresowani mogą chodzić od drzwi do drzwi i wypraszać sobie sprzyjające przepisy prawne. Tyle tylko, że za moich czasów (a doktorat robiłem na tematy związane ze schyłkowym Cesarstwem Rzymskim) rzeźbienie w prawie było wprawdzie popularne, ale nikt nie oczekiwał, że ono coś da. Lepiej było wypromować sobie jakiegoś generała. Ten generał zyskiwał popularność wśród żołnierzy. Żołnierze obwoływali go cesarzem, no i człowiek robił, co mu się żywnie podobało. Jeśli chodzi o stanowienie prawa, to żaden parlament go nie ograniczał. I tu się okazywało, że jednak materia społeczna i tak opiera się wszelkim ingerencjom, czy to łagodnym, czy gwałtownym. Skutek wydawania edyktów (tak to się nazywało) był taki, że każdy edykt trzeba było promulgować po dwadzieścia razy, żeby w ogóle do kogoś dotarło. A i tak nikt go nie przestrzegał. Teraz edykty (pardon, ustawy) są przestrzegane. Tylko, że można je sobie interpretować. A jaka jest reakcja na interpretowanie? Uściślanie! Oczywiście należy uściślić dany przepis, żeby ten i ów nie mógł go sobie wyinterpretować w "orzecznictwie" albo "doktrynie".

Piszmy ustawy w sposób czytelny dla normalnego człowieka.

Wyjaśnijmy sobie, że realnie te dwa pojęcia niemal dokładnie pokrywają się z anglosaskim "precedensem" i anglosaskimi "zasadami". Teoretycy z uniwersytetu mogą sobie protestować, ale istota sprawy pozostaje ta sama. Jeśli bowiem wpływowy prawnik chce, żeby jego pogląd zdominował sądy, to osiągnie swój cel zarówno w Anglii, USA, Indiach, Pakistanie, Izraelu, jak w Polsce. Tu powinni się odezwać prawomyślni prawnicy polscy i orzec, że jestem chory psychicznie, bo skoro Polska po I wojnie światowej przyjęła system niemiecki, to już tak musi być na wieki. Na szczęście prawników, którzy czytają świadomie Dziennik Ubezpieczeniowy, nie jest tak dużo. Najwyżej tysiąc.

A teraz o prostocie

Panująca partia obiecała w lecie, że weźmie się do roboty jesienią uchwali bodajże sto ustaw. A ja bym wolał, żeby uchylono większość ustaw obecnie obowiązujących. Dzienniki Ustaw sprzed tzw. integracji europejskiej są w miarę chude, a życie jakoś tam się toczyło. Pierwsze wezwanie do prostoty: uchylmy niepotrzebne przepisy, które klientowi prawa nic nie dają. Drugie wezwanie: piszmy ustawy w sposób czytelny dla normalnego człowieka. Znacie ustawy z zachodniej półkuli? Są pisane prostymi słowami i prostymi zdaniami. Jak najmniej terminów technicznych, bo prawo jest nie tylko dla prawników i urzędników. W niektórych krajach południowoamerykańskich rozdziały ustawy są tekstami z lekka przypominającymi felieton. I nie trzeba przeczytać całości korpusu prawa, żeby wiedzieć, że odniesienie do przepisu

Należy uprościć umowy.

A znajduje się w ustawie X. Co do przepisów prawa stanowionego rozumiem, że języka technicznego trudno uniknąć. Nie można go uniknąć tym bardziej w umowach. I tu - mimo wszystko - wezwanie trzecie: uprościć umowy. Umowy mogą się opierać na regułach. Chodzi o potwierdzony zwyczaj. Jest to oczywiście instytucja common law, ale my też mamy common law. Naprawdę! To, że profesorowie i politycy wybrali dla Polski niemiecki model prawa u zarania II Rzeczypospolitej w niczym nie zmienia faktu, że common law jest obecne w życiu i praktyce, choćbyśmy nie wiem jak głośno krzyczeli, że my mamy inny system. Bo common law przenika wszystkie systemy prawne. Ktoś mi zarzucił, że gadam bzdury, bo przecież nie mamy precedensów. Jak to nie mamy!? Wyrok sądu A w roku 1990 zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych jest tylko i aż dyrektywą dla sądu B w roku 2009. Do niczego nie zobowiązuje, a można się na niego powołać. Streszczając: uznajmy, że prawo jest tylko instrumentem, a nie religią. Że prawnicy są technikami, a nie kapłanami. Że język prawa jest dla ludzi.

To tylko felieton. Czytają go prawnicy. Niektórzy się zżymają, a inni przyznają mi rację. Powtarzam jeszcze raz, że wchodzimy w kryzys systemowy. Długotrwały, głęboki, ale też ożywczy. Kryzys jest szansą na zmiany. Dla zwolenników uzdrowienia podstaw polskiego prawa również jest szansą.

Marcin Masny

Autor jest współzałożycielem grupy eksperckiej Laboratorium Strategii.

Zobacz firmy: TP, ZUS

 

Komentuj Prześlij  Drukuj

Artykuł: <<< 2009-01-15 >>>

 

 

 

Profesjonalnie o ubezpieczeniach..

Miesięcznik Ubezpieczeniowy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 Strona przygotowana przez Ogma Sp. z o.o.